NIE KAŻDY EKSPERYMENT Z SZYBSZYM ODDECHEM TO ODDYCHANIE HOLOTROPOWE

Oryginalne oddychanie holotropowe, stworzone przez Grofów, a później unowocześnione przez nauczycieli, którzy przejęli za ich zgodą odpowiedzialność za holotropowy trening, nie polega jedynie na fizjologicznej zmianie oddechu.

W niektórych dziedzinach życia – od odzieży poprzez artykuły gospodarstwa domowego, a kończąc na przeróżnych metodach ze świata psychologii – mamy nieraz do czynienia z sytuacją, w której nazwą najpopularniejszej marki określa się później potocznie wszystkie podobne produkty. Przykładami mogą być „adidasy”, „pampersy” lub „jeepy”. I o ile z jednej strony bywa to najlepszy komplement dla oryginalnej marki, o tyle z drugiej – masowe mylenie oryginału z przeróbkami i podróbkami posiada także ciemną stronę, w której wszystkie wady tych podróbek zostają przerzucone również na oryginał bez żadnej świadomości tego zjawiska. 

Nieco łatwiej przychodzi ludziom zrozumienie, że prawdziwa marka butów jest tworzona przez jedną konkretną firmę z określonym logiem, które można szybko rozpoznać. Dużo trudniej – z naszego doświadczenia – pamiętać, że oryginalna metoda pracy nad sobą często niewiele ma wspólnego z swoimi różnymi naśladowcami, którzy czasem zmieniają istotne szczegóły, czasem wypaczają sens metody do najbardziej charakterystycznych elementów, a czasem nie stały nawet obok oryginału.

Przy oddychaniu holotropowym mamy analogiczną sytuację.

Ponieważ za każdym razem pytamy, czy nowy uczestnik miał już wcześniej do czynienia z tą praktyką, zdarzyło nam się wiele razy spotkać osoby, które twierdziły, że owszem, próbowały – czasem same w domu, czasem jako mały element innych warsztatów, a czasem uczestniczyły w nazwanych tak wydarzeniach, w których sesje oddechowe były „daniem głównym”. 

Wersje, jakich próbowali, potrafiły się bardzo różnić – od dwóch minut przyspieszonego oddechu na fotelu, przez szybkie oddychanie przez kilkanaście minut na szkoleniu biznesowym, krótsze (od 45 do 1,5h) wersje oddechu aż po warsztaty z dość podobną formułą, ale przy paru zmienionych – niestety nieraz kluczowych – zasadach. 

Czasem wersje te miały (naszym subiektywnym zdaniem) jakiś sens, czasem był on mniejszy, a czasem sposób prowadzenia sesji był skrajnie nieetyczny i niebezpieczny dla uczestników. Czasem było to dość delikatne doświadczenie, nazwane stworzonym przez Stanislava i Christinę Grof imieniem z zupełnej niewiedzy, czasem celem prowadzących było uzyskanie – jak w oryginale – silnych przeżyć. 

W ogromnej większości osoby, które to prowadziły (lub stosowały same na sobie) nie miały żadnej wiedzy, jak faktycznie wygląda prawdziwe oddychanie holotropowe, nigdy nie będąc na prawdziwej sesji i fiksując się przede wszystkim na szybkim tempie oddechu. 

Choć w jakimś stopniu można ich zrozumieć – w końcu nazwa „oddychanie holotropowe” może sugerować, że cały sekret tkwi w odpowiednim sposobie oddychania – to jednak istota holotropowego procesu polega na czymś zupełnie innym – w dużej mierze odpowiednim poprowadzeniu całej sesji zgodnym z całym paradygmatem, wykorzystując do tego większe i mniejsze elementy. Podobnie jak wyjęcie kilku technik wypowiadania się z Non Violent Communication to nie jest to samo, co pełen proces w tej metodzie, wzięcie paru jungowskich praktyk nie oznacza od razu prowadzenia terapii w duchu jungistów, a zastosowanie jednego (nawet w miarę poprawnego) ciosu nie oznacza że znamy karate i możemy go sami uczyć. 

Oryginalne oddychanie holotropowe, stworzone przez Grofów, a później unowocześnione przez nauczycieli, którzy przejęli za ich zgodą odpowiedzialność za holotropowy trening, nie polega jedynie na fizjologicznej zmianie oddechu. Intensywność i możliwości transformacyjne metody opierają się na całej kompozycji różnych elementów, jak odpowiednio dobrana muzyka, konkretne podejście do pojawiających się uczuć i specyficzne interwencje facylitatorów. Oprócz trzygodzinnej sesji oddechowej niezwykle istotna jest też sesja sittingu, integrowanie poprzez arteterapeutyczne prace z mandalami, określony rodzaj sharingu oraz cała struktura warsztatów prowadząca grupowy proces od przygotowania poprzez szczytowe doświadczenie aż do integracji. 

To, co właśnie wymieniłem, jest absolutną podstawą, bez której w ogóle nie możemy powiedzieć, że jest to jakkolwiek podobne do oddychania holotropowego. Jednocześnie nie wystarcza opanowanie fundamentów takiej struktury, by móc powiedzieć, że pracuje się już w ten sposób – istotne jest dogłębne, nie tylko teoretyczne, zrozumienie filozofii holotropowego paradygmatu, z której wynikają nie tylko sposoby interwencji w intensywnych momentach, ale również sposób odpowiadania na pytania czy jakiekolwiek interakcje z uczestnikami. 

Są to elementy na tyle spójne i oczywiste dla osób, które je opanowały, że nie znający się wzajemnie facylitatorzy z innych krajów (czasem nawet bez słów) potrafią doskonale się rozumieć i współpracować podczas warsztatu. A jednocześnie potrafią dość szybko wychwycić – zarówno podczas obserwacji na żywo, jak również słuchając opowieści – że ktoś, mimo stosowana podobnej struktury, zupełnie nie kieruje się holotropową filozofią, niejednokrotnie mogąc prowadzić do retraumatycji lub – z drugiej strony – nie wywołując żadnych zauważalnych efektów.

Zniekształcenie, że oddychanie holotropowe – złożona praktyka, której uczymy się wiele lat – jest jedynie przyspieszeniem oddechu, to zupełne uproszczenie tego podejścia, które – zgadzając z tym, co mówią krytycy – oczywiście nie może w takiej wersji skutecznie działać. Podobnie jak nie może działać jedynie nakierowana na ekspresję praca z kijem bejsbolowym i nazwanie tego terapią Lowenowską, w chwili, gdy jest ona bezmyślnie stosowana jako rozwiązanie na wszystko i używana sprzecznie z głębszą filozofią całej terapii. 

Gdy prowadziliśmy po raz pierwszy warsztat w Gruzji, uczestnicy z pewnym niepokojem opowiadali nam o tym, jak ktoś wcześniej robił w ich kraju warsztat nazywany oddychaniem holotropowym, który jednak – mimo bardzo dużego podobieństwa – różnił się dwoma istotnymi sprawami. Po pierwsze, sittujący uczestnicy również mieli szybciej oddychać, choć z otwartymi oczami – co już z naszego punktu widzenia całkowicie podważa istotę sittowania i trzymania stabilnej przestrzeni dla kogoś zanurzającego się w swój proces. Znacznie istotniejszym złamaniem holotropowych reguł był jednak punkt drugi – otóż sitterzy mogli zgodnie ze swoją intuicją w trakcie sesji dotykać oddychających bez żadnego pozwolenia, co było dla niektórych z tych uczestników traumatyczne – a jednocześnie wmawiali im, że to było koniecznie, a nawet, że sami tego chcieli.

Musieliśmy więc tłumaczyć skrzywdzonym osobom, że była to jakaś ezoteryczna i przemocowa wersja nie mająca wiele wspólnego z prawdziwym holotropowym podejściem, skupionym na bezpiecznej przestrzeni, szacunku do granic innej osoby, ale i uważnym podążaniem za jej procesem. 

Oddychanie holotropowe jest generalnie bezpieczniejszą praktyką niż zażywanie psychodelicznej substancji. Wciąż jednak intensywny rodzaj pracy z oddechem może okazać się ryzykowny – nie tylko w przypadku wspomnianego przekraczania granic osobistych. Niewinny eksperyment z przyspieszeniem tempa oddechu może bowiem doprowadzić do zalewu tłumionych uczuć, aktywacji głębokiego materiału i retraumatyzacji oraz stanów paniki, z którą osoba nie przeszkolona w takiej pracy może nie umieć sobie poradzić. Na bardzo podobnej zasadzie do zażycia psychodelicznej substancji.

U niewielkiej grupy osób może to też doprowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych lub poważnych problemów psychicznych, włącznie z hospitalizacją psychiatryczną.

Dlatego właśnie robienie tego typu eksperymentów na własną rękę bez długiego i gruntownego przeszkolenia jest ryzykowne – nawet, gdy finalnie kończy się dobrze.

Nawet nasi asystenci, którzy przechodzili trening przez kilka lat i doszli do etapu, gdy mogą na grupowych warsztatach stawiać pierwsze kroki pod okiem doświadczonych osób, powiedzieli po jednej ze swoich pierwszych sesji, że bycie odpowiedzialnym za całą grupę w odmiennym stanie świadomości, bez możliwości ratunku ze strony bardziej doświadczonych kolegów, byłoby – dla nich, na tamten konkretny moment – wyjątkowo trudnym i ryzykownym doświadczeniem. Odebraliśmy to wtedy jako piękna oznakę pokory – której niewątpliwie wielu wspomnianym wcześniej prowadzącym brakuje.

Drugim, mniej niebezpiecznym – choć dla nas bardzo istotnym punktem – jest oczywiście fakt, że robienie autorskich, nieraz bardzo nieprzemyślanych eksperymentów może odstraszać od oryginalnego oddychania holotropowego, zarówno prezentując je jako coś niebezpiecznego i wywołującego skrajne reakcje, jak też – w odwrotnych wersjach – jako delikatną, pozbawioną prawdziwej głębi metodę.

Niektórzy z tych prowadzących mogli nawet nigdy nie widzieć na oczy oryginalnego oddychania holotropowego. Zdarzają się również tacy, którzy mogli być raz czy dwa na warsztacie, czymś się zainspirowali, ale zdecydowanie nie zobaczyli wszystkiego, co trzeba, by rozumieć całą głębie tej praktyki. Czasem byli nawet w treningu, ale nie dostali pozwolenia na jego ukończenie ze względu na czynniki osobiste uniemożliwiające tego rodzaju pracę z ludźmi. 

Wszystkich z nich łączy mniejsze lub większe niezrozumienie istoty pracy, zastąpione skupieniem się na określonych szczegółach. Od obsesji na temat zbawiennego wpływu samej hiperwentylacji (która – klasycznie rozumiana – w ogóle nie jest konieczna w holotropowej pracy), poprzez nastawianie na same pozytywne efekty, fiksację na ekspresji i katharsis aż po zbawienną rolę interwencji prowadzącego. Każda z ta odstępstw od ścieżki od razu zwraca jednak naszą uwagę i sprawia wyraźne wrażenie, że mimo settingu, który bywa podobny – jak w Gruzji – nie ma w tym nic holotropowego.

Choć niektóre osoby mają pewne umiejętności z innych treningów i ich praca nie wygląda wcale źle (z nimi staramy się nie walczyć, tylko z uśmiechem tłumaczymy różnicę w nazwach i prosimy o zaprzestanie używania tej konkretnej – na co się zazwyczaj bez problemu zgadzają), to niektóre osoby nie mają podstawowych umiejętności pracy z ludźmi i mogą proponować uczestnikom bardzo dziwne rozwiązania, które mogą prowadzić do traumy – jak dopuszczanie do takich procesów osób z epilepsją czy schizofrenią, podawanie im przed sesją substancji psychoaktywnych czy robienie intensywnych sesji online.

Podstawowym brakiem, o którym słyszymy, może być skupienie na samym intensywnym doświadczeniu, z pominięciem takich elementów jak gruntowne przygotowanie oraz odpowiednia integracja tego – nieraz bardzo intensywnego – przeżycia.

Kolejny typowym błędem jest brak screeningu – brak dowiedzenia się o stan zdrowia uczestników i porozmawiania z każdym, zanim zdecydujemy, że w ogóle jest gotowy do takiej praktyki.

Za tym nieodzownie idzie brak odpowiedniego zadbania o przestrzeń emocjonalną (co jest kluczowym elementem wieloletniego treningu), brak zrozumienia funkcji poszczególnych elementów (stąd wspomniane fiksacje na oddechu, katharsis lub błyskotliwych interwencjach facylitatora), brak odpowiedniego teamu zdolnego do zapanowania nad całą salą osób w procesie.
Wielokrotnie wynikiem tego będzie zupełny brak wiedzy i wyobraźni na temat tego, co się może wydarzyć. 

Z kolei brak technicznych umiejętności lub kodeksu etycznego jest naturalną konsekwencją poprzednich zaniedbań.

Napiszę to więc jeszcze raz: oddychanie holotropowe jest konkretną, złożoną metodologią, stworzoną i updatowaną przez psychiatrów, terapeutów, psychologów i lekarzy, w którym każdy element ma swoją funkcję i nie można tego dowolnie mieszać i ulepszać, a jednocześnie nadal zachować przy tym oryginalną nazwę. 
Jeśli ktoś nawet (co oczywiście jest możliwe) dałby radę to ulepszyć, albo zrobić coś innego, równie sensownego – nadal nie jest to już „oddychanie holotropowe”. Osoba taka powinna wyraźnie podać, gdzie się tego nauczyła i używać adekwatnej nazwy, a jeśli stworzyła wszystko sama – również warto, aby to zaznaczyć.

Oczywiście, gdy tego typu ogłoszenie rzuci nam się w oczy, staramy się pisać do prowadzących, prosząc o klaryfikację i zmianę nazwy (zazwyczaj nie ma z tym większego problemu), ale jako że większość osób albo się z tym nie afiszuje (ciekawe dlaczego) albo nie mamy do nich dostępu – nigdy nie będzie to w stu procentach możliwe. Wielu holotropowych facylitatorów jest także zniechęconych koniecznością obszernego wytłumaczenia całej sytuacji – struktury oddychania holotropowego, różnic i wszystkich aspektów opisanych w tym tekście. Mam nadzieję, że tym osobom zaoszczędzę trochę pracy, bo od teraz będą mogły go po prostu wklejać.

Podsumowując – jeśli robiliśmy sobie jakieś praktyki oddechowe sami w mieszkaniu, podczas innego szkolenia bez żadnego przygotowania, w namiocie na festiwalu bez screeningu, w Bali na retreacie tantry, mieszaliśmy je z jakimikolwiek substancjami psychoaktywnymi albo robiliśmy je online – to NIE BYLIŚMY NA ODDYCHANIU HOLOTROPOWYM. 

Koniec dyskusji w tym temacie.

Być może część z tych doświadczeń nam pomogła – wspaniale, nie jest to nadal oddychanie holotropowe. Być może część z tych wariacji jest tworzona przez prawdziwych specjalistów na potrzeby ich pracy i jest sensowna – nie twierdzimy, że jest to gorsze, po prostu nie jest to oddychanie holotropowe.

Nie można stworzonej przez siebie metody nazwać tego w taki sposób (nazwa jest też zastrzeżona prawnie), a samo zastosowanie nazwy oraz szybkiego oddechu nie powoduje, że staje się to oddychaniem holotropowym i że mamy (jako uczestnicy lub jako prowadzący) jakiekolwiek doświadczenie w w tym temacie.

Explore
Drag